Koszt wiedzy

Duże koncerny wydawnicze, takie jak Elsevier, Springer czy Wiley, są rakiem na ciele nauki. Nie wydaje mi się, żeby to porównanie było na wyrost. Naukowcy za publiczne pieniądze prowadzą badania, piszą artykuły, recenzują je i zasiadają w komitetach redakcyjnych, zaś wydawcy osiągają astronomiczne zyski odsprzedając społeczności naukowej owoce jej własnej pracy. Od czasu do czasu można było w jakiejś gazecie lub na blogu przeczytać nieprzychylny tekst o ich praktykach – i na tym się kończyło. Ale to się zmienia. Za słowami zaczynają iść czyny.

E(vi)lsevier

Największym czarnym charakterem jest chyba koncern Reed Elsevier, publikujący około 2000 periodyków naukowych. Oprócz standardowych zarzutów stawianych wydawcom, takich jak skandalicznie wysokie, nieuzasadnione niczym poza monopolistyczną pozycją ceny, Elsevier ma na sumieniu na przykład handel bronią i publikację fałszywych czasopism naukowych. Z tymi ostatnimi to ciekawa sprawa. Było ich łącznie sześć, wszystkie medyczne. Nietrudno się domyślić, o co chodziło – sprzedaż leków zależy od ich efektywności, potwierdzonej badaniami naukowymi… Wystarczy więc zebrać kilka artykułów naukowych przychylnych produktom jakiejś firmy, może dodać kilka tekstów napisanych na jej zamówienie, wydać w formie typowej dla recenzowanego czasopisma i zatytułować Australasian Journal of Bone & Joint Medicine – czyż może być lepsza reklama? Lekarz, któremu coś takiego wpadnie w ręce nie będzie raczej sprawdzał, czy to rzetelny periodyk naukowy. Nawet nie pomyśli, że może być inaczej, zwłaszcza gdy publikacja pochodzi od jednego z największych wydawców czasopism medycznych!

Warto wspomnieć o jeszcze jednej praktyce Elseviera – zresztą nie tylko jego, choć w tym wypadku ponoć szczególnie dotkliwej – polegającej na sprzedaży wiązanej. Aby uzyskać dostęp do czasopism, które naprawdę są jej potrzebne, biblioteka musi wykupić dostęp do całego pakietu, zawierającego pozycje zbędne albo wręcz śmieciowe, takie jak Chaos Solitons & Fractals, którego (już były) redaktor naczelny, niezwykle płodny naukowiec, opublikował w nim 322 prace, prawdopodobnie pomijając w procesie tak nieistotne szczegóły, jak np. recenzje. A przyjemność prenumerowania samego CS&F kosztowała w 2008 roku około 4500 USD. Nie podoba się? To do widzenia – wszystko albo nic. Tak Elsevier rozumie misję zapewniania jak najszerszego dostępu do wyników badań naukowych, o której wciąż bredzą wydawcy.

Nie mogę w tym kontekście nie wspomnieć również o tym, że Elsevier jest wydawcą czasopisma naukowego (?) Homeopathy. Nawet znalazłem w nim interesujący artykuł z pogranicza homeopatii i matematyki: Homeopathic drug selection using Intuitionistic Fuzzy Sets. Oczywiście Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu ma wykupiony dostęp do tego niezwykle ważnego źródła wiedzy naukowej – za pieniądze polskich podatników! Pewnie też było w pakiecie, w każdym razie mam nadzieję, że nie jest ono potrzebne do pracy naukowcom z UWr.

Dodatkowym zarzutem, podnoszonym przez Johna Baeza we wpisie Ban Elsevier, jest zatrudnienie sobowtóra Doktora Zło jako konsultanta od piaru:

Eric Dezenhall

Doktor Zło

Niektórzy podejrzewają, ze Dezenhall to nie sobowtór, ale Doktor Zło we własnej osobie! Co prawda po operacji plastycznej i częściowo nieudanym przeszczepie włosów, ale zdradzający się charakterystycznymi tikami nerwowymi.

Research Works Act

W Polsce głośno jest o ACTA, tymczasem społeczność naukowa – nie tylko amerykańska – powinna przyjrzeć się bliżej projektowi RWA. Oto interesujący fragment:

No Federal agency may adopt, implement, maintain, continue, or otherwise engage in any policy, program, or other activity that–

(1) causes, permits, or authorizes network dissemination of any private-sector research work without the prior consent of the publisher of such work; or

(2) requires that any actual or prospective author, or the employer of such an actual or prospective author, assent to network dissemination of a private-sector research work.

Przykładowo, obecnie wyniki wszelkich prac współfinansowanych przez Narodowe Instytuty Zdrowia – dysponujące około 28% funduszy przeznaczanych w USA na badania biomedyczne – muszą obowiązkowo pojawić się w publicznym repozytorium po upływie roku od publikacji w czasopiśmie naukowym. Takie są wymagania stawiane przed badaczami ubiegającymi się o finansowanie. Zgodnie z RWA, stawianie tego typu warunków byłoby nielegalne. Stoi to w oczywistej sprzeczności z interesami podatników, współfinansujących banania. Warto zaznaczyć, że termin private-sector research work nie dotyczy, jak można by sądzić, jedynie badań prowadzonych przez prywatne firmy. W tekście ustawy jest zdefiniowany następująco:

The term `private-sector research work’ means an article intended to be published in a scholarly or scientific publication, or any version of such an article, that is not a work of the United States Government (as defined in section 101 of title 17, United States Code), describing or interpreting research funded in whole or in part by a Federal agency and to which a commercial or nonprofit publisher has made or has entered into an arrangement to make a value-added contribution, including peer review or editing. Such term does not include progress reports or raw data outputs routinely required to be created for and submitted directly to a funding agency in the course of research.

Zgodnie z tą definicją prace powstałe na uczelniach – nie będących przecież agencjami rządu USA – są właśnie private-sector research work! Koncerny wydawnicze oczywiście gorąco popierają takie regulacje. W końcu publiczny dostęp = cenzura, a któż nas przed nią bezinteresownie obroni?

Uderz w stół, a nożyce się odezwą

Artykuł w Guardianie sprzed dwóch tygodni określił wydawców czasopism naukowych mianem wrogów nauki. Kilka dni temu pojawiła się odpowiedź Grahama Taylora, jednego z dyrektorów UK Publishers Association. Jeszcze nie znudziło mi się komentowanie takich zabawnych tekstów.

Publishers have made more scientific research available to more readers at a lower unit cost than ever before.

Ta teza jest poparta śliczną propagandową prezentacją z kolorowymi obrazkami [pdf]. Może nie przeczytałem jej wystarczająco uważnie, ale nie widzę, gdzie dowodzi ona, że cokolwiek jest zasługą wydawców. Nie zauważyłem też, żeby żądano ode mnie mniejszej niż kiedyś opłaty za przeczytanie jakiegokolwiek artykułu, do którego moja biblioteka, z powodu zawyżonych cen, nie ma dostępu.

Publishers pursue the goal of universal access through whatever means are practically available.

Na przykład przez stosowanie zaporowych cen rzędu 30-40 USD za dostęp do pojedynczego artykułu.

Public funds have not paid for the peer-reviewed articles that are based on research supported by agencies such as the National Institutes of Health (NIH). They have only paid for the research itself and whatever reports the researchers are required to submit to the agency.

To ja zapytam – w takim razie kto płaci za pisanie artykułów?

The journal article based on the research has been the subject of significant extra investment that must somehow be recovered if scholarly communication as we know it is to survive.

Wkład wydawnictw w tworzenie publikacji naukowych jest tak znaczący, że może należałoby z procesu w ogóle wyeliminować naukowców?

Publishers invest at their own risk and quality standards are essential to manage that risk. We need a market to organise such a high volume of transactions. Take that away and we would be left with a Stalinist nightmare.

Czasopisma naukowe to rzeczywiście branża wysokiego ryzyka… A co do porównania do stalinizmu, to szkoda słów. Reductio ad hitlerum.

Obrońcy praktyk koncernów wydawniczych powołują się wciąż na te same argumenty, które jednak budzą śmiech u większości ludzi, którzy mieli z nimi bliżej do czynienia. Przecież wiadomo, że chodzi po prostu o pieniądze.

Protest

Wreszcie czara goryczy się przelała. Laureat Medalu Fieldsa Timothy Gowers wezwał na swoim blogu do bojkotu Elseviera. Kilka dni później poparł go Terence Tao. Na stronie thecostofknowledge.com można zadeklarować wstrzymanie się od publikowania, recenzowania lub pracy redakcyjnej na rzecz koncernu. W tej chwili liczba podpisów przekracza 2200. Być może w ten sposób uda się wpłynąć na wydawcę.

Jeśli sam protest nie zrobi na Elsevierze wrażenia, istnieją bardziej drastyczne środki. Środowisko naukowe uważa czasopisma w pewnym sensie za swoją własność – i ma tu poniekąd rację. Jednak z prawnego punktu widzenia należą one do ich wydawców. Lecz bez komitetu redakcyjnego, recenzentów i autorów chętnych w nich publikować są one tylko tytułami i numerami ISSN. W 2006 roku, po długich negocjacjach w sprawie polityki cenowej, cały komitet redakcyjny Topology złożył rezygnację, po czym założył nowe czasopismo, Journal of Topology, wydawane w dużo niższej cenie przez Londyńskie Towarzystwo Matematyczne. Jeśli petycja Gowersa uzyska wystarczająco duże poparcie, można by zacząć wywierać naciski na inne komitety redakcyjne, żeby, tak jak redakcja Topology, przeniosły się do bardziej przyjaznych wydawców.

Uzupełniany na bieżąco zasób linków do artykułów związanych z tematem znaleźć można na tej stronie.

About these ads

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 63 other followers

%d bloggers like this: